Aktualności - Słowo na niedzielę 29.03.2026

2026-03-28

Słowo na niedzielę 29.03.2026

Pan Jezus przybywa od Góry Oliwnej do Jerozolimy i można powiedzieć – zarekwirował na jakiś czas osiołka, na którym miał wjechać. Jest to gest symboliczny, ponieważ tylko królom przysługiwało prawo zabierania zwierząt poddanych na swoje potrzeby. Chrystus, choć jest potomkiem Dawida i należy do rodziny królewskiej nie jest królem, który zabiera poddanym co najlepsze. Jest królem, który pożycza osiołka, ale oddaje swoje życie za poddanych. Filozof Seneka, który był wychowawcą cesarza Nerona wstydził się za swojego wychowanka. Napisał wtedy, że nie każdy kto nosi koronę zasługuje na miano króla. Królem jest ten, kto zabiega o dobro poddanych. Kto troszczy się tylko o swoje własne zasługuje na miano tyrana. Są na świecie tytuły, które można odgórnie nadać: dziś są to dyrektorzy, laureaci, a dawniej byli to książęta i królowie. Są na świecie nagrody tytuły, które można sobie wypracować. Jak awans czy nagrodę za punktualne przychodzenie do pracy, albo premię. Ale są też tytuły, na które trzeba zasłużyć i one przychodzą z zewnątrz. Nie da się ich naprawdę kupić ani wypracować przez określone działanie. Chodzi o tytuł mistrza, bohatera, nauczyciela, świętego, szlachetnego, przyjaciela, zbawcy, prawdziwego ojca czy matki. Jeśli ktoś pracuje na miano, które można zdobyć pracą, np. punktualny, rzetelny, uczciwy, cichy, pokorny, pomocny, to tym lepiej dla takiego człowieka. Źle się jednak dzieje jeśli ktoś używa różnych środków, by samodzielnie uzyskać tytuły, które mogą nadać dopiero inni. Wspomniany już Neron jako beztalencie lubował się w tym, kiedy nazywali go artystą i poetą, a pochlebcy robili to dlatego, że miał władzę nad ich losem. Pierwszym sekretarzom, którzy opływali w luksusy i nie ruszali się zza biurka nadawano tytuły bohaterów rewolucji, dyktatorzy z lubością przyjmują tytuły generałów i marszałków choć nigdy nie wąchali prochu. Herod an typas, który był tetrarchą, a tytuł ten znaczy tyle, co „władca czwartej części” lub „władca ćwiartki” lubił, jak tytułowano go królem. Bogaci Faryzeusze lubili jak się ich tytułowało nauczycielami, bo uczyli życia biednych, a wiemy jak inaczej może wyglądać życie bogacza i biedaka i to raczej ten drugi doświadcza go bardziej. Gdzieś tam daleko w Rzymie cesarz Tyberiusz lubił być nazywany „boskim”, choć już wtedy choroby trawiły jego ciało.

Pan Jezus, kiedy wjeżdża do świętego miasta pokornie na grzbiecie osła zostaje okrzyknięty Synem Dawida czyli prawowitym królem. Władcy z dynastii Herodów nie byli nawet Żydami, tylko potomek Dawida mógł pełnoprawnie zasiadać na tronie. Nazwanie kogoś w ten sposób świadczyło o tym, że w oczach ludzi to właśnie Pan Jezus – Syn Dawida – był prawowitym władcą. Ludzie wołali też „Hosanna” co oznacza mniej więcej: „wybaw nas”, „zbaw nas Panie”, a więc mieli Pana Jezusa za Zbawiciela. Nazwali Go też Błogosławionym, bo przyszedł w imię Boże.

Jak wyraźny jest kontrast między tymi wszystkimi ludźmi, którzy w tamtym czasie, ale też w ciągu całej historii zabiegają o tytuły i nazwy, które miałyby świadczyć o ich sukcesach czy wielkości i jak bardzo małymi okazują się naprawdę. Królestwo Boże jest w tej mierze spontaniczne: pojawia się niespodziewanie i niczego nie wymusza. Jego świadkiem jest sama prawda, pokora jest płaszczem, którym się okrywa, jego cichość jest największym głosem a skromność największą potęgą. Ludzie o czystych sercach są jego poddanymi a porażka w oczach tego świata jest największym zwycięstwem.

 

Ks. dr Bartłomiej Krzos.